czwartek, 15 czerwca 2017

Uwaga wielkie zmiany!

Drodzy czytelnicy!
Rozmyślałam już nad tym jakiś czas. Postanowiłam przenieść wszystkie moje opowiadania na wattpada. Oczywiście będą wstawiane tam poprawione rozdziały i te dodawane na bierząco. 
Na razie zabrałam się za moje "najmłodsze" opowiadanie, Kimochi  きもち. W tym momencie na wattpadzie pojawił się dopiero rozdział zero, ale po sesji będę poprawiać kolejne.
Link do opowiadania Kimochi - https://www.wattpad.com/story/112587859-%E3%81%8D%E3%82%82%E3%81%A1-kimochi

Link do mojego profilu na wattpadzie: https://www.wattpad.com/user/Pamansta

Gdy wszystko będzie już na wattpadzie, usunę ten blog. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić do końca wakacji ^^
Jeżeli ktoś zobaczy jakieś błędy albo będzie coś nie jasne (odnośnie opowiadań), proszę pisać! Wszelkie sugestie są mile widziane i pomagają mi w dalszym tworzeniu oraz dają motywacje. 

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim hedonistycznego dnia ;) 
Pamansta 

POLECAM RÓWNIEŻ OPOWIADANIE -------> Connected stworzone przez Amaryllidos ;) 

środa, 25 stycznia 2017

Wszystko kiedyś się zaczyna - Eksperyment

 Do naszego kolejnego zbliżenia doszło jednak zdecydowanie szybciej, niż sądziłem. Pięć nocy później obudził mnie o drugiej właśnie z tego powodu. Później zrobił sobie przerwę aż na dwa dni. Potem do ich powrotu nie inicjował stosunku, co mnie trochę zaskoczyło. W pewnym momencie nie mogłem się skupić na nauce. Rozpraszał mnie swoją osobą. Nie chodzi mi o to, że mi przeszkadzał. Po prostu myślałem o nim i wydawało mi się, że on całkowicie zdawał sobie z tego sprawę. Dzień przed ich powrotem nie mogłem dłużej wytrzymać.
Czekałem na niego w pokoju, oczywiście próbując się skupić na nauce, ale w praktyce byłem myślami, gdzie indziej. Czas mi się strasznie dłużył. W głowie zamiast taktyk wojskowych, pojawiały się różne fantazje. Zauważyłem, że każdego dnia coraz bardziej byłem na niego nakręcony.
Minuty mijały, a on nie wracał. W końcu nie wytrzymałem i postanowiłem sam go poszukać. Z nauki i tak wyszłyby nici. Szkoła była praktycznie pusta. Na swojej drodze nie spotkałem ani jednej żywej duszy. Jego też nigdzie nie mogłem znaleźć. W końcu postanowiłem wrócić do pokoju. W drodze powrotnej zobaczyłem go w jednej z sali. Nie był w niej sam. Rozmawiał z profesorem Rainendzerem. Widząc, że jest zajęty, postanowiłem wrócić do pokoju i ponownie zabrać się za naukę. W pewnym momencie wyłączyłem się i skupiłem się na taktykach wojskowych. Nawet nie zauważyłem, kiedy przyszedł. Zorientowałem się, dopiero gdy usiadł za mną i objął mnie.
- Ładnie się uczysz. - Szepnął mi do ucha.
- W końcu wróciłeś. - Odłożyłem książkę na bok, po czym odwróciłem głowę, aby go pocałować. Odchyliłem głowę, aby sprawdzić, czy drzwi są zamknięte, a kiedy się upewniłem, wróciłem do poprzedniej czynności. W pewnym momencie odsunął się ode mnie, po czym wstał i udał się w stronę drzwi. Automatycznie ruszyłem za nim. Bezmyślnie przyszpiliłem go przy nich i zamknąłem je na klucz.
- Ja tylko chciałem zamknąć drzwi. - Roześmiał się. Następnie odwrócił się w moją stronę. - Garrett, co ty robisz?
- Ty już dobrze wiesz. - Odparłem. Oczywiście zapomniałem się ugryźć w język. Miał rację. Przy nim całkowicie traciłem kontrolę.
- Zaskakujesz mnie. - Przyznał, po czym nachylił się, aby szepnąć mi do ucha. - Pragniesz mnie?
- Czy to nieoczywiste? - Chwyciłem jego ręce i uniosłem je nad jego głową, po czym wsunąłem nogę między uda. - Cały czas mnie kusisz. Robisz to celowo.
- To nazywa się eksperyment. - Wyszczerzył zęby.
- Eksperyment? - Zmrużyłem oczy. - W takim razie poniesiesz konsekwencje za swój eksperyment. - Jedną ręką cały czas trzymałem jego nadgarstki, a drugą objąłem go w pasie i przyciągnąłem do siebie. Z jego spojrzenia wyczytałem, że na to czekał i ma ochotę na więcej. Sam również chciałem spełnić swoje fantazje. Zwaliłem książki ze stolika, które ostatnio poukładałem, gdyż irytowało mnie, że były w nieładzie.
- Mówiłem ci, że bez sensu je sprzątać. - Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Bez obaw. Posprzątasz je potem. - Widząc jego niezadowoloną minę, dodałem. - A teraz grzecznie usiądź. - Powiedziałem to władczym tonem. W tym momencie pragnąłem go poskromić. O dziwo zrobił to i czekał na to, co dalej się stanie. Zacząłem się zastanawiać w jakim stopniu pozwoli mi sobą dyrygować. W normalnej sytuacji to by było absolutnie nie do pomyślenia. W końcu on nigdy nie słucha. No może tylko siebie. - Dobry chłopiec. - Pogłaskałem go po głowie, po czym nachyliłem się i zakosztowałem jego miękkich warg. Odruchowo jedną rękę chwyciłem go za kark, a drugą wsunąłem pod koszulkę, którą krótko po tym z niego zdjąłem. Zacząłem gładzić jego klatkę piersiową. W pewnym momencie z pocałunkami przeniosłem się na jego delikatną szyję. Jeszcze bardziej podniecało mnie to, że mruczał z przyjemności.
- Przestań się pastwić nade mną i wejdź we mnie w końcu.
- A kto się znęcał przez ostatnie kilka dni.
- To był tylko eksperyment. - Stwierdził, po czym zdjął mi spodnie.
- Eksperyment? Jaki znowu eksperyment?! - Zdenerwowałem się.
- Chciałem zobaczyć, jak długo jesteś się w stanie powstrzymać i co zrobisz, kiedy nie będziesz mógł wytrzymać. - Byłem na niego zły, że ze mnie pogrywał. Gdybym nie był tak napalony, na pewno bym się odegrał w ten sam sposób. Dlatego postanowiłem, że pokaże mu, co zrobię, gdy nie umiem się powstrzymywać. Zdjąłem mu spodnie. Następnie bieliznę. Mojej też się pozbyłem. Popchnąłem go na stolik, tak żeby znajdował się w pozycji leżącej. Rozsunąłem mu nogi, po czym położyłem je na swoich barkach. Następnie wbiłem się w niego. Próbował zatamować krzyk, ale nie za bardzo mu to wyszło. Zacząłem się coraz szybciej i mocniej w nim poruszać. Nie zwracałem uwagi na to, że go boli. Sam tego chciał. Stopniowo coraz głębiej się w niego wbijałem. Jednak widząc, że coraz bardziej się krzywi, wyszedłem z niego na moment, aby zmienić pozycję. Obróciłem go, po czym ponownie wszedłem w niego. W tej pozycji mógł się bardziej zrelaksować. Objąłem go w pasie, po czym złożyłem pocałunek na jego karku. Wolną ręką zacząłem, go pieść. Moje ruchy w tej pozycji nie były tak szybkie, ale za to głębokie i mocne. W pewnym momencie odchylił głowę do tyłu. Jego oddech przyspieszył, a jęki nie potrafił już tak skutecznie zagłuszać.
- Czekaj! - Krzyknął w pewnym momencie. - Nie chcę jeszcze dochodzić. Chcę coś jeszcze spróbować. - Ledwo udało mi się spełnić jego prośbę. Musiałem dużo wysiłku w to włożyć, aby nie dojść. Wyszedłem z niego. Wstał, chwycił mnie za rękę i dał znak głową, abym położył się na łóżku. Tak też zrobiłem. Kiedy leżałem wygodnie, on usiadł na mnie, po czym chwycił go i naprowadził do swojego wejścia. Na początku nieco się skrzywił, ale potem było nieco lepiej. Chwycił moje ręce i położył je na swoich biodrach.
- Patrz na mnie, kiedy będę cię ujeżdżać. - Położył swoje dłonie na mojej klatce piersiowej. Następnie zaczął się ruszać. Nie mam pojęcia, jak długo to trwało, ale byłem pewien, że jeżeli dalej będę tkwić w tej pozycji, to szybko dojdę, a ja chciałem jeszcze się pobawić.
Przerwałem i obróciłem go na plecy. Następnie wbiłem się w niego. Automatycznie opadłem na niego, ale tylko po to, aby pocałować go. Chwyciłem jego dłonie swoimi. Po tym geście otworzył szerzej swoje piękne, zielone oczy. W tym momencie wyglądał tak uroczo i co ciekawe w ogóle nie przypominał terrorysty. Jednak bardziej słodki był, kiedy dochodził. Sam jego wyraz twarzy. Dopiero potem mogłem sobie pozwolić na swoje spełnienie.
Potem położyłem się obok niego. Zrobiłem się strasznie senny, ale widziałem, że jego coś gryzie, więc nie mogłem tak po prostu iść w spać.
- Tak naprawdę chciałem sprawdzić, czy faktycznie cię podniecam. Nie chciałem, żebyś zaspokajał moich zachcianek, bo jestem dziedzicem słynnego rodu Rainendzerów. - Widząc, że milczę, kontynuował. - Tak naprawdę nigdy nawet nie powiedziałeś, że mnie kochasz. Jeżeli tak nie jest, wolałbym teraz się o tym dowiedzieć.
To był właśnie odpowiedni moment, aby powiedzieć mu o pewnej sprawie, ale jakimś cudem nie mogło mi to przejść przez gardło.

- Skąd ci się biorą takie głupie myśli? - Pokręciłem głową. W tym momencie byłem zgodny ze swoim sercem, lecz nie z rozsądkiem. Wiedziałem, że jak tak dalej będzie, źle się to skończy. - Chcesz się przytulić? - Zapytałem. Skinął tylko głową i przytulił się do mnie. W tym momencie moje serce jeszcze bardziej przyspieszyło. Nie sądziłem, że wyjawienie mu tej prawdy będzie dla mnie aż tak trudne.

środa, 18 stycznia 2017

Wszystko kiedyś się zaczyna - Upragnione sam na sam

 Punkt widzenia Garretta:
Kilka dni później odbył się wyjazd do Lwinka. Ja i Kokoju nie byliśmy jednak sami, którzy zostali w szkole. Znalazło się kilku gagatków, którzy również coś przewinęli. Pomimo tego zajęcia się nie odbywały, gdyż było nas zbyt mało, aby coś sensownego przeprowadzić. Poza tym różniliśmy się jeszcze grupami wiekowymi. Pomimo tego i tak można było odpowiednio ten czas wykorzystać między innymi na naukę i zrobienie projektów. Kokoju zabrał się za to niemal od razu. Zawsze tak robi, gdy ma chwile czasu. Uważa, że lepiej jest coś zrobić od razu, niż potem się czymś przejmować i robić to na ostatnią chwilę.
- W końcu sami! - Stwierdził zaraz po tym, gdy wyjechali. Siedział po turecku na podłodze i czytał książkę.
- Widzę, że już się uczysz. - Usiadłem obok niego i zobaczyłem, za co się zabrał. - Widzę, że historia wojskowości idzie na pierwszy ogień.
- Strasznie ciekawe to jest i praktyczne. Szkoda, że dopiero teraz się tego uczymy. - Przyznał. - Wiele się zmieniło od tego czasu w naszej armii. - Stwierdził. - Nie tylko jednostki.
- Tak naprawdę zobaczymy, jak jest za niecały rok.
- Jestem dobrej myśli. - Wyszczerzył zęby, po czym powrócił do lektury. Postanowiłem wziąć z niego przykład i również się za to zabrałem.
Kokoju skończył wszystko w 3 dni. Sam nie wiem, w jaki sposób on to dokonał. Przez moment myślałem, że to istny ideał, ale przypomniałem sobie o jego charakterze i wybrakach.
A ja miałem jeszcze połowę roboty przed sobą. A on chyba z nudów stwierdził, że jestem świetnym materiałem do badań (cokolwiek miałoby to znaczyć).
- To jest kompletnie nielogiczne. Głowa mi od tego paruje. - Stwierdziłem któregoś dnia, siedząc nad książką.
- W czym masz problem? - Zapytał. Kiedy skończył, leżał i patrzył, jak próbuję się tego wszystkiego nauczyć.
- Ze wszystkim. Nawet nie wiem, czego nie wiem. - Westchnąłem zrezygnowany i odłożyłem książkę obok. W tym momencie zdecydowałem, że muszę się odstresować, bo inaczej zwariuje. Tej nauki było dla mnie zbyt wiele. - Mam dość. Wrócę do tego za kilka dni.
- Rozumiem. To było do przewidzenia. - Wyszczerzył zęby.
- Co?
- To, co robisz. Mówiłem, że jesteś ciekawym materiałem do badań.
- Z nudów nie wiesz już, co masz robić. - Westchnąłem, po czym wstałem i odłożyłem książkę na stolik.
- Obiecałem ci, że odpuszczę moje łowy. Teraz musisz liczyć się ze swoimi konsekwencjami. - Ziewnął. - Zostaliśmy w szkole my, kilku innych uczniów, którzy również zostali za coś ukarani oraz nasz wychowawca i profesor Rainendzer. W końcu będzie cisza i spokój i będę mógł z tobą spać w jednym łóżku.
- Nie wiem, czy zauważyłeś, ale nasze łóżka są jednoosobowe.
- Faktycznie. - Wstał ze swojego łóżka i podszedł do mojego, po czym zaczął je przesuwać. - Wystarczy je połączyć. - Stwierdził i dołączył je do swojego łóżka. - Idealnie. Prawie będziemy wyglądali jak małżeństwo. - Roześmiał się, po czym opadł na nasze połączone łóżko. Gdy powiedział „Małżeństwo”, znów powróciłem myślami do tego problemu, o którym on jeszcze nie ma pojęcia.
- Coś się stało? Wyglądasz blado? - Stwierdził, po czym przechylił głowę, obserwując mnie badawczo. W pewnym momencie całkowicie się wyłączyłem. Nawet nie zauważyłem, jak znalazł się przy mnie. Ukucnął i wpatrywał się intensywnie swoimi zielonymi oczyma. Musiałem o tym z nim pomówić, za nim będzie za późno.
- Kokoju muszę o czymś z tobą porozmawiać. - Zamrugałem nerwowo powiekami. Czułem, jak dłonie mi się trzęsą.
- Czym się tak denerwujesz? -Uśmiechnął się pogodnie. - Jakoś sobie damy radę. - Objął mnie. Następnie wypuścił z ramion i udał się do naszej łazienki. Każdy pokój miał taką. - Zobacz, co kupiłem. - Pokazał mi butelkę z olejkiem. - Zrobię ci masaż. - Oznajmił. Gestem dłoni dał mi znak, abym się ruszył i położył na łóżku. - Może byś się rozebrał. Nie będę cię przecież olejkiem w ciuchach smarował. - Roześmiał się. Tak też zrobiłem, ale zostawiłem na sobie bieliznę, bo w tym momencie czułem się nieco skrępowany.
- Kokoju, proszę cię. Muszę o czymś z tobą pogadać.
- Rozmowy nie są nam teraz potrzebne. Nie psujmy sobie nastroju. - Polał moje barki olejkiem. - No, chyba że chcesz pomówić o naszym zbliżeniu. - Usiadł mi na pośladkach i zaczął rozmasowywać olejek. - Z góry mówię, że chciałbym być tą stroną pasywną. Zawsze mnie to podniecało. Sama o tym myśl. - Gdy już wszystko rozmasował, zaczął ugniatać mi barki. - Strasznie spięty jesteś. Nie musisz się tym tak bardzo przejmować. No, chyba że masz jakiś inny problem, o którym nie wiem. - Kiwnąłem przecząco głową. Było mi tak przyjemnie, że nie chciałem tego przerywać. Jego dotyk sprawiał, że coraz bardziej go pragnąłem. Następnie ponowie polał olejkiem moje plecy i rozmasował tę konsystencję. Z każdą chwilą czułem, jak robię się coraz mniej spięty. W końcu całkowicie przestałem myśleć o nurtującym mnie problem i oddałem się przyjemności, jaką mi dawał samym masażem. W pewnym momencie myślałem tylko o tym, aby być w nim. Podniosłem się i usiadłem obok niego, po czym pociągnąłem go do siebie. Przez to wylądował w moich ramionach. Następnie usiadł w taki sposób, że znalazł się twarzą do mnie i rozłożył nogi. Objąłem go w pasie i nachyliłem się, żeby go pocałować. Rozwarłem jego usta swoimi. Wsunąłem mu język do gardła, po czym zacząłem dotykać nim podniebienia. W tym momencie jęknął, a ja nie przestawałem go drażnić, a nawet zwiększyłem intensywność. Następnie dotknąłem dłonią jego policzek i zacząłem gładzić go delikatnie opuszkami palców. Od czasu do czasu ja też pojękiwałem. Na początku próbowałem to powstrzymać, ale wkrótce zorientowałem się, że nie jestem w stanie. W końcu przestaliśmy się całować. W tej krótkiej chwili mogliśmy zaczerpnąć kilka oddechów, lecz dodatkowo spojrzałem się prosto w jego zielone oczy, które tak bardzo kochałem. Wszystko w nim darzyłem tym uczuciem, ale nie znosiłem, kiedy bezsensownie wpadał w kłopoty. Bywa, że jest irytujący. Większość osób w swoim otoczeniu drażni. Najlepsze jest to, że nie przejmuje się tym i dalej jest sobą.  
- Uwielbiam cię. - Mruknął mi do ucha, po czym ściągnął swoją koszulkę i przytulił się do mojej klatki piersiowej. - Ale ci szybko serce bije.
- Co ty nie powiesz? - Pogłaskałem go po głowie, po czym opadłem na łóżko.
- Chcesz przejść dalej do konkretów?
- Nigdzie mi się nie spieszy. Do tego trzeba czasu. Nie chcę cię skrzywdzić.
- Nie boję się. W tej chwili jestem tak podjarany, że nie myślę już o niczym innym. - Stwierdził.
- Ja tu się o ciebie boję, a ty mi…
- Ej! Nic na to nie mogę. Nie myślę już głową. Tylko nim. - Westchnął.
- To zacznij myśleć głową.
- Nie jestem teraz w stanie. Zaraz oszaleje. Trzymasz mnie w takim napięciu…
- Jesteś pewien? - Zapytałem go, nie ukrywając powagi.
- Wazelinę masz w mojej szafce obok łóżka.
- Jaki bezpośredni jesteś. - Wziąłem małe, białe pudełeczko z szafki.
Ostatecznie oboje nie wiedzieliśmy, jak mamy się do tego zabrać. Wiedza teoretyczna nie do końca nam się przydała. Wykorzystaliśmy metodę prób i błędów. Niestety to, czego się tak bardzo obawiałem, sprawdziło się. Nie chciałem mu przynieść tyle bólu, który i tak usilnie starał się wytrzymywać. W pewnym momencie nie mogłem patrzeć dłużej, jak poświęca się dla mnie. Chciałem to przerwać, ale on nie przyjmował w ogóle takiej opcji. Jakimś cudem udało mu się rozluźnić, a potem poszło zdecydowanie łatwiej. Opadliśmy, dopiero gdy oboje nie mieliśmy już w ogóle sił na cokolwiek więcej. To, że oboje się zaspokoiliśmy, to był chyba wyczyn.
- Jak się czujesz? - Zapytałem.
- Jakby mnie coś przejechało. - Zażartował. - A ty?
- Dobrze. - Spojrzałem mu w oczy i zapytałem. - Chcesz się przytulić?
Bez słowa położył głowę na mojej klatce piersiowej. Pogłaskałem jego miękkie włosy, które odgarnąłem mu z twarzy. Jeszcze raz chciałem zobaczyć jego oczy, ale okazało się, że miał je zamknięte. Tak szybko zasnął. Nagle poczułem wyrzuty sumienia. Byłem zły na siebie. Miałem z nim odbyć poważną rozmowę, a w zamian za to, zrobiłem coś zupełnie innego. Nie miałem zamiaru go budzić i zawracać mu tym głowę.

Wziąłem tylko koc, który leżał obok i przykryłem nim nas. Chwilę później również zasnąłem.

niedziela, 15 stycznia 2017

Wszystko kiedyś się zaczyna - Kara

Punkt widzenia Garretta:
Pod koniec października, Kokoju znowu przysporzył sobie problemów. Skatował jednego ucznia, ale tym razem dodatkowo użył swoich umiejętności. Przypalił mu nieco policzek. Na tym zdarzeniu przyłapał go nasz wychowawca. Kokoju zdecydowanie przegiął i dostał w końcu karę. Kilka dni wcześniej dowiedzieliśmy się, że pojedziemy na wycieczkę do stolicy. Taka okazja zdarza się bardzo rzadko albo nawet wcale.
- Nie pojadę z wami na wycieczkę. - Poinformował mnie o tym, gdy wróciłem do naszego pokoju. - Nasz wychowawca dał mi taką karę. Mogę nigdy nie zobaczyć Lwinka. - Przyznał, po czym położył się na łóżku.
- Nawarzyłeś sobie piwa, to teraz musisz je wypić. - Usiadłem na pobliskie krzesło i słuchałem dalej, co ma do powiedzenia.
- Nie spodziewałem się, że może mnie ukarać w tak podły sposób. Wolałbym przepisywać cały zeszyt ze zdaniem: Nie będę się więcej znęcać nad osobami nieuzdolnionymi własnym talentem magicznym. Tak jak kiedyś to robiłem. Zajęło mi to, wtedy sporo czasu. - Przyznał.
- Sam widzisz, kara nie poskutkowała.
- Nigdy się nie zmienię, nawet jeżeli będzie mnie wciąż karać. To jest bez sensu. Sam to przyznał, ale dalej będzie to robić. Jednak to, że nie pojadę na wycieczkę przez te śmieci, to jest lekka przesada.
- Tak bardzo chciałeś pojechać na tę wycieczkę? - Wstałem i ukucnąłem przed nim.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - Przysunął się i objął mnie. - Ty i ja w końcu stalibyśmy się jednością. Cały czas o tym myślę. - Szepnął mi do ucha, po czym lekko je musnął swoimi wargami. - W końcu nikt by nam nie przeszkadzał i w spokoju moglibyśmy się kochać. - Roześmiał się, po czym spojrzał mi w oczy. - Nie będziemy mieć chyba lepszej okazji na pierwszy raz. Po skończeniu szkoły trafimy do wojska, a tam czekałaby nas egzekucja, gdyby ktoś odkrył. Nie boję się o swoje życie. Prędzej czy później i tak umrę, ale nie chcę widzieć twojej śmierć. To już byłoby dla mnie zbyt wiele. - Przytuliłem go mocniej do siebie. Cisza trwała tak długo, aż sam się nie odezwałem.
- Postanowiłem, że ja też nie pojadę na wycieczkę do stolicy. Zostanę tutaj z tobą. Za to nasi przyjaciele wyjadę tam na miesiąc, a my będziemy mieli sporo czasu dla siebie.
- Nie możesz rezygnować z przyjemności. Nie poświęcaj się dla mnie. Zostanę i będę tutaj za wami czekać.
- Dla ciebie zrezygnuje ze wszystkiego. - Usiadłem obok niego i zacząłem gładzić go po jego miękkich włosach. Były tak przyjemne w dotyku niczym jedwab. Kokoju podniósł się i spojrzał mi w oczy. Nachyliłem się, aby zakosztować jego miękkich ust, potrąciłem przy tym jego drobny nosek. Spojrzałem mu w oczy i dostrzegłem w nich coś zupełnie innego niż zazwyczaj. To była miłość, jaką mnie darzył. W tamtym momencie powinienem mu powiedzieć coś, o czym musi się dowiedzieć. Doskonale wiedziałem, że trzeba zakończyć to szaleństwo, ale nie potrafiłem tego zrobić. W końcu darzyłem go tym samym uczuciem, choć nie wolno mi było. Zacisnąłem obie dłonie na prześcieradle i odwróciłem głowę. Moje serce zaczęło bić szybciej. Czułem się tak jakby za chwile, miałoby mi wyskoczyć z klatki piersiowej. Następnie odsunąłem się od niego i ruszyłem w stronę drzwi.
- Garrett, gdzie ty idziesz? - Kokoju chwycił mnie za rękę.

- Muszę porozmawiać z naszym wychowawcą o tym, że nie jadę na wycieczkę i zostaje tutaj z tobą. - Pocałowałem go w czoło i wyszedłem z pokoju.

czwartek, 12 stycznia 2017

Wszystko kiedyś się zaczyna - Urodziny

 Punkt widzenia Garretta:
Przez cały miesiąc nasi przyjaciele bez przerwy wymykali się. Oczywiście to Kokoja wkurzało, bo nie wiedział, o co chodzi. Za to ja udawałem przy nim, że również nie mam pojęcia, co robią. Początkowo próbował ich śledzić, ale w końcu sam się zniechęcił.
Jednego dnia po prostu sam wyszedł z pokoju, za nim oni się wymknęli. Wrócił dopiero o czwartej nad ranem. Wyglądał na zrelaksowanego, co było bardzo dziwne. W końcu ostatnio wciąż chodził poddenerwowany.
Następnego dnia zostałem wezwany przez naszego wychowawcę. Wypytywał mnie o to, gdzie Kokoju przebywał i co robił. Nie chciał mi powiedzieć, o co chodzi. Ostatecznie sam go w końcu wezwał do siebie. Oczywiście Kokoju wrócił zachwycony, jakby otrzymał jakiś order albo nagrodę. Wtedy dowiedziałem się, że skatował jednego chłopaka. Jak dotąd żadna kara na niego nie skutkowała i dlatego Teodor Mondertt postanowił, że wymyśli dla niego coś naprawdę specjalnego, ale dopiero poinformuje go o tym w „odpowiednim momencie”. Od tamtego czasu wielu uczniów starało się trzymać od niego jak najdalej. Byli też tacy, którzy widząc go, rezygnowali z przejścia tym samym korytarzem, często wybierając przy tym zdecydowanie dłuższą drogę.
W końcu nadszedł ten dzień, w którym Kokoju dowiedział się, dlaczego wszyscy ostatnio się wymykali. Był to piątek, 13 października. Zostawiliśmy go samego w pokoju i siedzieliśmy w stołówce. Do zajęć mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc nie było problemu, aby to zorganizować. Przyszedł w wyraźnie złym humorze. Nie odezwał się do żadnego z nas, ale od czasu do czasu patrzył w naszą stronę spode łba. Śniadanie spędziliśmy w całkowitej ciszy. Nigdy się tak dziwnie nie czułem.
Podczas zajęć było tak samo. Usiadł nawet sam w ławce z dala od nas i udawał, że słucha, co ma do powiedzenia nauczyciel.
Po zajęciach celowo odłączyłem się od reszty i poszedłem do łazienki. Tak jak przypuszczaliśmy Kokoju udał się za mną. Pozostali w tym czasie zajęli się swoimi sprawami. Przemyłem twarz zimną wodą i czekałem, aż zacznie gadać. Zrobił to nieco później, niż sądziłem, bo dopiero po tym, gdy opuściłem łazienkę.
- Teraz nawet ty spiskujesz przeciwko mnie? - Zapytał, nie ukrywając przy tym złości, ale i rozczarowania.
- Nikt przeciwko tobie nie spiskuje. - Po tym jednak chwilę nad tym się zastanowiłem. - No może jednak pół szkoły po tym, co odwalasz, ale nie twoi przyjaciele. - Nie zwalniałem tępa.
- To nie moja wina, że pół szkoły to sami nieutalentowani nieudacznicy. - Stwierdził.
- Nie każdy rodzi się tak wyjątkowy, jak ty. - Stanąłem na moment i spojrzałem na niego. Przez moment na jego twarzy pojawił się lekki rumieniec. Nigdy nie wyglądał tak uroczo, jak w tamtej chwili. Przełknąłem ślinę i ruszyłem dalej.
- Skoro przynajmniej ty przeciwko mnie nie spiskujesz to, dlaczego nie pamiętasz?
- O czym miałbym pamiętać? - Zapytałem, udając zdziwienie. Całkiem dobrze mi to wyszło, gdyż wyprowadziłem go nieco z równowagi.
- Akurat się tego po tobie nie spodziewałem. Kto, jak kto, ale ty powinieneś pamiętać! - W tym momencie zaczął już kipieć ze złości.
- Są jakieś jeszcze dzisiaj zajęcia?
- Nie. - Warknął, po czym z impetem otworzył drzwi od naszego pokoju. Początkowo nie ogarniał, co się dookoła niego dzieje. Jeszcze tak zaskoczonego go nie widziałem. Był to w ogóle bardzo rzadki widok. Mógłbym to jedynie porównać do tego, jak on mnie kiedyś zaskoczył, wyznając mi swoje uczucia.
- Wszystkiego najlepszego stary! - Marvin, jako pierwszy krzyknął od wejścia. Za nim poszła w ślad reszta. - W końcu jesteś pełnoletni.
- Przynajmniej od reszty nie będziesz odstawać. - Roześmiał się Baltazar.
- Jednak i tak zawsze będziesz najmłodszy. - Zażartowała Kasandra. - Życzę ci, abyś się mniej wściekał. Złość piękności szkodzi. Serio. - Poklepała go po ramieniu. On nadal stał jak wryty. Nie wiedział, co ma zrobić, co powiedzieć. Chwyciłem go za rękę i wprowadziłem do pokoju. W tym samym czasie Anika zamknęła za nami drzwi, gdyż stała najbliżej nich.
Kokoju niezbyt przepada za tortami, dlatego przygotowaliśmy dla niego sernik. To akurat uwielbia. Skoro cała ekipa była pełnoletnia, mogliśmy „oficjalnie” wypić alkohol. Standardowo było to piwo. Jasne, ciemne, jak kto woli. Solenizant spróbował oba, ale bardziej przypadło mu do gustu to pierwsze. Z czasem impreza się rozkręciła. W końcu ktoś wpadł na pomysł, aby zagrać w butelkę. Częściej padały wyzwania niż szczerość. Pierwszy odważył się Kokoju na pytanie. Zadał mu je Marvin, bo akurat kręcił butelką.
- Która dziewczyna ci się podoba? Z którą byś się związał?
- Moja odpowiedź cię nie zadowoli. - Westchnął. W tym momencie Marvin pobladł, ale Kokoju nawet tego nie zauważył. Wywrócił tylko oczami i ze znudzeniem w głosie powiedział. - Z żadną.
- Dlaczego? - Zapytała Kasandra. - Podobasz się wielu dziewczynom. Na pewno się jakaś znajdzie.
- Dlaczego? - Powtórzył. - To już jest kolejne pytanie. - Wyszczerzył zęby. - No dobra. Teraz ja kręcę. - Zakręcił butelką i wypadło na Marvina. - Szczerość czy wyzwanie? - Zapytał Kokoju szczerząc przy tym zęby. Kiedy uśmiecha się w ten sposób, wygląda naprawdę niesamowicie. Jednak za tym kryje się coś jeszcze. Marvin w tym momencie przełknął ślinę. Zdawałem sobie sprawę, że na pewno nie wybierze szczerości.
- Wyzwanie.
- Wyznaj uczucia Anice. Postaraj się zrobić to w miarę przekonujący sposób. - Tego to się po nim nie spodziewałem. Myślałem, że wymyśli jakieś zadanie typu: przynieś cukier od nauczyciela albo poliż ścianę.
- Od dawna się zbierałem za to, aby ci powiedzieć. - Chwycił ją za dłonie i spojrzał w oczy. - Znamy się od tak dawna. Jednak każdy nowy dzień, w którym nie wiesz o tym, co do ciebie czuje, sprawia, że nie mogę normalnie spać. Co noc o tobie śnie. O twoich pięknych blond włosach i niesamowitych oczach. - W tym momencie dotknął jej policzka. - W każdej chwili, gdy jesteś obok, moje serce bije szybciej. Nawet teraz tak jest. - Chwycił jej dłoń i położył na swojej klatce piersiowej.
- Zadanie wykonane. - Roześmiał się Kokoju, po czym skinął głową na speszonego Marvina, aby ten zaczął kręcić.Tym razem wypadło na mnie. Wybrałem szczerość. Początkowo Marvin nie miał pomysłu, o co mnie zapytać, ale w końcu udało mu się wymyślić dosyć ciekawe pytanie.
- Garrett jak to możliwe, że z nami wytrzymujesz? Wydaje mi się, że jest to dosyć ciężkie.
- Po prostu przyzwyczaiłem się. W dodatku, gdyby nie wy, moje życie nie byłoby tak ciekawe. Co tu dużo mówić? W końcu jesteśmy przyjaciółmi. - Uśmiechnąłem się do niego. - No dobra. Teraz ja kręcę. Tym razem wypadło na Baltazara, następnie na Anikę, potem na Kasandrę, aż w końcu znowu na Kokoja.
- Szczerość czy wyzwanie. - Zapytała i uśmiechnęła się do niego.
- Dobrze wiesz, że nie wybiorę szczerości. Wyzwanie. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Widzę, że jesteś pewny siebie. - Uśmiechnęła się tajemniczo. - Co by ci tutaj zadać. - Przegryzła dolną wargę. - Pocałuj osobę, która siedzi obok ciebie. - W tym momencie spojrzała na Anikę. Marvin zrobił się blady niczym papier.
Kokoju wzruszył obojętnie ramionami, po czym przysunął się w moją stronę w taki sposób, że siedział naprzeciwko mnie. Położył dłoń na moim karku, po czym wsunął palce między włosy. W międzyczasie spojrzałem ukradkiem na naszych towarzyszy zabawy. Wszyscy byli zszokowani. Kokoju nachylił się i musnął swoimi wargami, moje usta rozchylając je przy tym. Następnie wsunął tam język i zaczął nim drażnić podniebienie. Nawet nie wiedziałem, kiedy zamknąłem oczy. Otworzyłem je, dopiero gdy wyciągnął język z mojego gardła. Na sam koniec lekko musnął moje wargi, po czym spojrzał się na mnie pożądliwie. Następnie odsunął się ode mnie i spojrzał na naszych przyjaciół.
- Zaliczone? - Wyszczerzył zęby.
- Tak… - Wyjąkała Kasandra.
Pierwszy z szoku wyrwał się Baltazar.
- Garrett, a ty mu na to pozwoliłeś? W końcu to jego zadanie.
- Jak sam zauważyłeś to zadanie. - Stwierdziłem. Próbowałem być obojętny, ale to też nie działało na moją korzyść.
- Kokoju, ja myślałam, że pocałujesz Anikę w policzek. Wręcz byłam tego pewna.
- Dobra. Dajcie spokój. To tylko zabawa. Poza tym spójrzcie na nich. Są pijani. W szczególności Kokoju. - Odezwał się w końcu Marvin.

Przez kolejnych kilka dni atmosfera w naszej ekipie była nieco napięta, ale pod koniec października wszystko już wróciło do normy. Ostatecznie uznali to za wybryk na imprezie urodzinowej.

czwartek, 22 grudnia 2016

Historia pewnego elfa - Epilog

WHITESTONE, ROK 247, ZIMA
Punkt widzenia Virilla

                Zamieszkałem z Ingarnem. Początkowo większość jego bliskich sprzeciwiała się temu, ale stopniowo zaczęli zmieniać zdanie. W końcu przestało to mieć znaczenie, że jestem elfem. Po prostu z czasem mnie poznali i zaakceptowali.
Jednak nie może być zawsze wszystko ok. Czaiło się bowiem pewne niebezpieczeństwo, które było ignorowane przez wszystkich.
                Doszły do władcy tej krainy, czyli ojca Ingharma plotki o przypadkach zachorowań na obrzeżach miasta, gdzie mieszkała uboga ludność. Oczywiście zostało to zignorowane. W końcu mało kto interesuje się biednymi ludźmi, a co dopiero pojedynczymi przypadkami. Często nie zdając sobie sprawy, że najsłabsze ogniwo może być zagrożeniem, dlatego najsilniejszego.
Jednak w ciągu kilku dni wysłał tam paru ludzi, aby zbadali tę sprawę, dlatego że plotki stały się faktem, a wszystko przez to, iż zachorował jakiś możny obywatel Whitestone. Nie przemyślał tylko tego, że oni wraz z potwierdzeniem o zarazie przyniosą również ją do samego centrum stolicy. W mieście szybko się rozprzeszczeniła i równie szybko wybuchła panika. Tuż przed objęciem władzy Ingharm otrzymał od swojego ojca ostatni rozkaz, aby zająć się opanowaniem epidemii. Oczywiście chciałem mu w tym pomóc i tak również zrobiłem. Na początku wydzielił obszary kwarantanny. Podzielił je na trzy części. Osoby, które były zdrowe, chore i podejrzane o zachorowanie na zarazę. Potem zmobilizował określone osoby do pracy nad lekarstwem. Aby szybciej zwalczyć zarazę, zaczął nawet wchodzić do obszaru kwarantanny. Tak też się stało. Osób zarażonych było coraz mniej. Większość wychodziła z choroby, ale zostały też takie osoby, którym lekarstwo nie pomogło.
Ingharm zaraził się prawie pod koniec epidemii. Oczywiście otrzymał najlepszą opiekę zdrowotną. Pomimo tego objawy się tylko rozwijały. Gorączka nie ustępowała.
- Mówiłem ci, że to bez sensu. - Roześmiał się. - W końcu jestem człowiekiem i czeka mnie tylko szybka śmierć.
- Jeszcze nie umarłeś. - Położyłem mu okład na czole.
- A co zrobisz, jak umrę? Odpowiem ci. - Chwycił mnie za ramię. - Będziesz żyć dalej. Tak jakby mnie nigdy nie było.
- Nie możesz umrzeć. - Przełknąłem ślinę. Nie wyobrażałem sobie życia bez niego. - Jak sam widzisz, masz, po co i dla kogo żyć.
- Nie potrzebnie mi serce oddałeś. - Dalej upierał się przy swoim.
- Mógłbym to samo powiedzieć o tobie. Idąc twoim tokiem myślenia, swoje krótkie życie byś zmarnował przy mnie. Twój czas jest bardziej cenny niż mój.
                W tym momencie Ingarm nie wiedział, co ma mi powiedzieć. Zagryzł dolną wargę i spojrzał się w sufit. Westchnął, po czym zwrócił znowu na mnie wzrok.
- Boisz się śmierci? Bo ja się cholernie jej boję. - Przyznał. - Boję się, że już cię nigdy nie zobaczę. To mnie tak bardzo przeraża.
- Nie boję się umrzeć. Boję się tylko stracić ciebie. - Przysunąłem się bliżej do niego i spojrzałem mu w oczy.
- Virill chciałbym, abyś się znalazł jeszcze bliżej mnie. - Ścisnął mnie mocniej za ramię. Od razu zrobiłem to, o co mnie prosił. Ułożyłem się na jego łóżku w pozycji na pół leżącej. Oparłem się o ścianę i położyłem jego głowę na swoich kolanach. Odruchowo zacząłem gładzić go po włosach. - Jest mi tak dobrze. - Stwierdził. - Tylko przy tobie czuję się taki szczęśliwy. - Przyznał. - Kiedy wyzdrowieje, wszystko ci wynagrodzę. - Mruknął. Ten ton sprawiał, że zawsze nabierałem ochoty na pewne grzeszne działanie. - Chciałbym to teraz zrobić, ale nie mam siły. - Westchnął. - Jak tylko odzyskam siły, zrobimy sobie niezły maraton. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Chciałbym cię ujeżdżać tak, jak za pierwszym razem. - Dodał na sam koniec, po czym zasnął.
                Kiedy zasnął, jego oddech stał się równy. Pomimo sin pod oczami i tak wyglądał uroczo. Uwielbiałem go obserwować właśnie w takich chwilach, jest wtedy taki niewinny…
                W pewnym momencie zauważyłem, że przestał oddychać. Ogarnęła mnie panika. Próbowałem go zbudzić, ale nic to nie dawało. W końcu zawołałem po pomoc, a sam w czasie oczekiwania na lekarza, zacząłem wykonywać pierwszą pomoc. Pomimo wszelkich prób i starań, Ingharm umarł. Gdy zostawiono mnie samego, abym mógł się z nim pożegnać, podszedłem do komody, gdzie ukryłem swój miecz elficki. Wyciągnąłem go, po czym wróciłem do mojego ukochanego.
- Nie będziesz sam najdroższy. Za moment do ciebie dołączę. - Zaczerpnąłem powietrza, po czym odszukałem miejsce, gdzie zamierzałem wbić swój miecz. Wybór padł na brzuch. Kiedy byłem już na to gotowy, z całych sił wbiłem go sobie. Poczułem krew, którą odruchowo wyplułem na podłogę. Rozwiązałem włosy, które swobodnie opadły mi na barki. Za nim wyciągnąłem miecz z rany, podciągnąłem go jeszcze ku górze. Następnie odrzuciłem go gdzieś na podłogę. Ostatkiem sił albo tzw. siłą woli udało mi się dotrzeć do łóżka, gdzie leżał mój ukochany Ingharm i upadłem tuż przy nim. Było mi strasznie zimno, nie wspominając nawet o bólu, jaki mi przy tym towarzyszył. Za nim ogarnęła mnie całkowicie ciemność, spojrzałem na Ingarma. Wyglądał, jakby tylko zasnął i taki właśnie obraz chciałem zabrać ze sobą.
                Od samego początku zdawałem sobie sprawę, że tak się skończy romans z człowiekiem, ale lepiej być z kimś, kogo się kocha choć przez moment, niż być całe życie z kimś z kim się męczysz, prawie jak niewolnik. Takie życie kompletnie nie ma prawa bytu. Jest całkowicie bezsensowne. Umrzeć przy ukochanej osobie to chyba jest najpiękniejsza śmierć. Gorzej, gdy umiera się w samotności. W tym nawet chwały nie ma. Jest tylko samotność.


RAIN FOREST, ROK 250, WIOSNA
Punkt widzenia Lithi

                Aventhur dotrzymał słowa i opuścił ciało mojego brata. Może to wyda się dziwne, ale zakochałam się w nim. Dwa lata temu przyszedł na świat nasz syn. Niestety sam Aventhur całkowicie zniknął. Nadal mnie to boli, choć wiem, że jakaś jego cząstka żyje w naszym dziecku. Już teraz nasz potomek się wyróżnia. Odziedziczył po nim umiejętności. Gdy dorośnie obejmie po mnie tron.
                Virill zabił się po tym, gdy jego ukochany zmarł na zarazę, która opanowała Whitestone. Ich miłość stała się przykładem dla naszych gatunków, że może istnieć miłość między elfami a ludźmi.
                Przed odejściem Aventhur na moment pozwolił odzyskać zmysły Xanielowi. Wraz z Silveniusem zrobili to, co od dawna pragnęli.
                Po śmierci Aventhura zaopiekowałam się Silveniusem. Nauczył się jakoś żyć bez wzroku, słuchu i mowy.


RAIN FOREST, ROK 262, LATO
Punkt widzenia Lithi


                Minęło kilkanaście lat od tamtych wydarzeń. Mój syn wkrótce obejmie władze. Prawdopodobnie dojdzie do przymierza pomiędzy ludźmi a elfami. Od tamtej pory nie wybuchły między nami wojny. Doszło do wymieszania się gatunków, co tylko nas wzmocniło, a wraz z nim przyszło również zrozumienie nas samych, ale ktoś musiał się poświecić, aby to osiągnąć, choć zapewne nigdy sobie z tego nie zdawali sprawy, do czego zmierzają ich działania. 

piątek, 25 listopada 2016

Historia pewnego elfa - Rozdział X

WHITESTONE, ROK 246, JESIEŃ
Punkt widzenia Riona:

                Nie mogłem spać całą noc. Wiedziałem, że jutro o tej porze będę musiał dzielić łoże z kimś, kogo w ogóle nie kocham. Na mnie spoczął obowiązek przedłużenia rodu. Jestem w końcu jedynym dzieckiem moich rodziców. W mojej rodzinie wszyscy brali ślub z miłości od pokoleń, a ja miałem przerwać tę tradycję.
                Poza tym czułem się, że nie jestem w odpowiednim miejscu. Miałem przeczucie, iż muszę zrobić coś innego.
                Przed zawarciem związku małżeńskiego, chciałem jeszcze raz zobaczyć Kaesira. W tym celu poleciłem służbie, żeby przyprowadzili go do mojego pokoju. Niestety chwilę później dowiedziałem się, że Kaesir zniknął. Do głowy przychodził mi tylko jeden scenariusz. Kaesir po prostu wyruszył do Rain Forest. Co do tego miałem naprawdę złe przeczucia. Nie zastanawiając się dłużej, wsiadłem na konia i wyruszyłem w stronę stolicy elfów. Przez tę sytuacje zapomniałem zupełnie o moim ślubie.
                Na pograniczu natknąłem się na garstkę elfów, które patrolowały te tereny. Przez to, iż umiałem po elficku, dowiedziałem się, że Kaesir został zatrzymany i czeka na egzekucje. Natychmiast domagałem się widzenia z władcą elfów. Mogłem to zrobić, gdyż miałem wysoki status społeczny wśród ludzi. Poza tym sam władca zainteresowany był tym spotkaniem. Dla mnie oczywiście nie należało do przyjemnych. Wkurzało mnie jego aroganckie zachowanie, ale również on sam. Zagryzłem zęby i nie dałem się wyprowadzić z równowagi. Priorytetem było ocalenie Kaesira.
                Władca zgodził się jego uwolnić pod warunkiem zapłacenia odpowiedniej opłaty. Przystałem na warunki, ale sam Kaesir się na to nie zgodził. Chciał odpokutować i w ten sposób uciszyć swoje sumienie.
- Twój opór jest bez sensu. Tylko w głupi sposób stracisz życie.
- To nie ma znaczenia. Nie mam nawet, po co żyć. - Jego spojrzenie było puste. Po chwili do aresztu wszedł władca elfów.
- Jeżeli on się nie zgadza, to nie ma sensu, tracić na to czasu. - Wtrącił się. Jego ton był obojętny. W tym momencie wybuchłem. Wystarczająco długo tłumiłem w sobie nerwy.
- To ja okaleczyłem twojego dowódcę. - Złapałem mocno za kraty celi Kaesira. - Zrobiłem to głównie, dlatego że Kaesir kocha jego, a nie mnie.
- To nie prawda! - Wtrącił się Kaesir.
- To było do przewidzenia, że człowiek takiego bestialstwa może się dopuścić. - Przyznał władca elfów. - Nie sądziłem jednak, że sam się do tego przyzna. Jeżeli chcesz, możesz umrzeć z Kaesirem. Zamknę cię nawet z nim w jednej celi. - Roześmiał się. Dobrze wiedziałem, że to był żart, bo nie miał prawa mnie aresztować. W szczególności, gdy przyszedłem tu negocjować.
- Jeżeli mogę, to chętnie skorzystam.
- Nie możesz. Dzisiaj jest twój ważny dzień! - Stanowczo sprzeciwił się Kaesir.
- Pomysł ze ślubem, to był kompletny niewypał. Nie bylibyśmy ze sobą szczęśliwi. Nie można poślubić osoby, którą się nie kocha i spędzić z nią resztę życia. To los chyba gorszy niż śmierć. - Przyznałem zgodnie z prawdą. Mówiąc to, patrzyłem się mu w oczy.
- Nie myślałem, że kiedykolwiek to powiem, ale ludzie coraz bardziej mnie zadziwiają.
                Kaesir więcej się nie sprzeciwiał. Zamknięto mnie razem z nim w celi.
- Co jest „nie prawdą”? - Zapytałem go, gdy zostaliśmy sami. - Dobrze wiesz, że okaleczyłem Silveniusa.
- Nie prawdą jest to, że go kocham, bo kocham tylko ciebie.
- Dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz? - W tym momencie nie wiedziałem, co mam robić. Cieszyć się, czy płakać?
- Bo jutro razem umrzemy. - W tym momencie usiadł w kącie celi i podkulił kolana. Następnie oparł na nich brodę. - Nie ma sensu dłużej tego przed tobą ukrywać. - Westchnął i spojrzał mi w oczy. - Kocham cię, odkąd pamiętam, ale przez to, że zostałem zgwałcony przez tamtych ludzi, nie mogłem znieść twojego dotyku, ale teraz chciałbym, żebyś znowu mnie dotknął. Ten ostatni raz.
                Nie musiał mi dłużej powtarzać. Zrobiłem to z nim w tak delikatny sposób, jak to tylko możliwe. Chciałem, aby czuł się wyjątkowo i wspaniale w moich ramionach. Kochaliśmy się prawie całą noc, nie tracąc przy tym czasu na spanie. Potem ze sobą rozmawialiśmy. Dawno nie czułem się tak szczęśliwy, jak w tej konkretnej chwili.
                Wczesnym rankiem wyprowadzono nas z celi i zabrano na stos. Przywiązano nas do drewnianej belki. Mogliśmy się jeszcze złapać za ręce. Lepszej śmierci nie mogłem sobie wyobrazić. Przy nim nie było to tak straszne i bolesne. Gdybym tego nie zrobił, do końca życia bym żałował.


KARCZMA „POD ZARŻNIĘTYM BARANEM”, ROK 246, ZIMA
Punkt widzenia Virilla:

                Od śmierci Xaniela na zawsze opuściłem Rain Forest. Mój przyjaciel i zarazem adiutant zawarł pakt z Aventhurem, którego był kapłanem. Oddał mu swoje życie w zamian za zemstę. Tak szczerze, zrobił to kompletnie bez sensu, bo Kaesir sam powrócił do stolicy i dobrowolnie się poddał.
                Początkowo wynająłem pokój w karczmie „Pod zarżniętym baranem”, ale długo tam nie posiedziałem. Miejsce zamieszkania zmieniłem wkrótce po tym, gdy przyjechał Ingharn.
                Jak to miałem w zwyczaju, siedziałem w koncie przy moim stoliku, sącząc ulubione ciemne piwo. Spokój jednak nie trwał długo. Do karczmy wszedł Ingharm w taki sam sposób, co zawsze. Oczywiście zrobił małe zamieszanie. Rozejrzał się dookoła i dostrzegł mnie. Usiadł na wolnym miejscu przy moim stoliku.
- Znowu masz wolne? - Roześmiał się.
- Nie.
- To, co tu robisz?
- Odszedłem z Rain Forest. Nic mnie już tam nie trzyma.
- A co się wydarzyło?
                Opowiedziałem mu o egzekucji, o zawarciu paktu mojego przyjaciela z bogiem Aventhurem.
- Jak miał na imię ten elf, który zginął podczas egzekucji?
- Kaesir. Był adiutantem Silveniusa, który został okaleczony przez tamtego człowieka. - W tym momencie omal nie spadł z krzesła. Strasznie zbladł, a jego oczy zrobiły się większe. - Ingharm. -  Zacząłem łagodnie.
- Zginęli razem? - Zapytał niemal szeptem.
- Tak. Takie podobno było życzenie tego człowieka. - Położyłem dłonie na stoliku i spuściłem głowę.
- Mój kuzyn zawsze pragnął być bliżej niego. Całe życie był szaleńczo zakochany w Kaesirze. - Chwycił moje dłonie. - Szkoda, że ich historia się w taki sposób skończyła. - W tym momencie uniosłem z powrotem głowę i spojrzałem mu w oczy.
- Zaraz się dowiem, że jesteś księciem.
- Skąd wiedziałeś? - Zdziwił się. Pokręciłem tylko głową i skinąłem ją, aby kontynuował. - Nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego on kocha elfa, dopóki sam tego nie doświadczyłem. Virill nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Nie chcę, aby coś ci się stało. Ich historia powinna być dla nas przestrogą. Dlatego chcę, abyś pojechał ze mną do Whitestone. W końcu razem byśmy zamieszkali.
- A co jeśli ktoś zobaczy, że jestem elfem? Zawsze się tego obawiałeś. - Przypomniałem mu.
- Będzie musiał to zaakceptować. Stanę się przykładem na to, że można pokochać elfa i się z nim związać. Nie długo przejmuję władzę po ojcu i chciałbym, abyś był przy tym i towarzyszył mi przez resztę mojego życia.

- Naszego życia. - Poprawiłem go.

wtorek, 22 listopada 2016

Historia pewnego elfa - Rozdział IX

RAIN FOREST, ROK 246, JESIEŃ
Punkt widzenia Xaniela:

W końcu nadeszła jesień. Według mnie druga najpiękniejsza pora roku zaraz po wiośnie. W tymże czasie miało dojść do mojej koronacji. Przez całe lato byłem zajęty przygotowaniami do objęcia władzy. Dużo mi w tym pomagała moja droga siostra Lithia. Czas płynął w miarę szybko, choć i tak tęsknota za Silveniusem była ogromna i towarzyszące przy tym złe przeczucia.
                W końcu nadszedł dzień mojej koronacji. Rain Forest tego dnia wydawało się jeszcze piękniejsze. Może przez te kolorowe, jesienne liście. Sam pałac w tym czasie był niesamowicie pięknie przystrojony najróżniejszą roślinnością. Muszę przyznać, że ogrodnicy wykonali kawał dobrej roboty. Kapłani mieli jeszcze jedno dodatkowe zadanie. Oprócz mojej koronacji musieli znaleźć odpowiedniego kandydata na kapłana Aventhura. Było to zadanie niewiarygodnie trudne, gdyż to bóstwo zasmakowało już w dwóch członkach rodziny królewskiej. Przede mną był mój ojciec.
                Po południu w pałacu czekali wszyscy poddani, aż ceremonia się zacznie. Wszystko już było gotowe. Jedynie brakowało mi Silveniusa. Tak bardzo chciałem, żeby był ze mną w tym momencie. Tuż przed rozpoczęciem ceremonii dostałem informacje, że Silvenius jest na terenie Rain Forest. Jego oddział zaraz po zakończeniu bitwy, która zresztą okazała się porażką, powrócił do stolicy.
                Ignorując ceremonię, wybiegłem naprzeciw niemu na spotkanie.
- Silvenius! - Zawołałem go, lecz on w ogóle nie zareagował. Ruszyłem, więc do przodu i zauważyłem, iż szedł, zataczając się przy tym. Początkowo myślałem, że się upił, ale zmieniłem zdanie, gdy zobaczyłem opaskę na oczach. Na początku nie mogłem skojarzyć faktów, ale potem wszystko stało się jasne. Silvenius nie widział, nie słyszał i nie mówił. Słyszałem pogłoski, że trafił do niewoli, ale miałem jednak nadzieję, że nie jest to do końca prawda.
                Jednak prawda okazała się jeszcze gorsza, która tłumaczyła zniknięcie jednego z dowódców podczas ataku. Nie potrafiłem o niczym innym nie myśleć niż o zemście na nim. Musiałem go odnaleźć i osobiście ukarać. W tym celu zawarłem pakt z Aventhurem, a co za tym idzie zrezygnowałem z korony. Zaoferowałem mojemu bogu ciało i życie do dyspozycji. W ten sposób umarłem.

RAIN FOREST, ROK 246, JESIEŃ
Punkt widzenia Aventhura:

Od razu zabrałem się za odnalezienie Kaesira. Chciałem jak najszybciej dopełnić swojej części umowy, aby móc cieszyć się swoim nowym ciałem.  Jednak zanim się za to zabrałem, ktoś mi przerwał.
- Xaniel! Nie możesz od, tak przerywać koronacji! - Oburzyła się ładna elfka o niesamowicie pięknych blond włosach. Xaniel, który został jedynie w moich myślach, podpowiedział mi, że ów piękność ma na imię Lithia i jest jego siostrą.
- Twojego brata już nie ma. - Nie miałem zamiaru owijać w bawełnę. - Zawarł ze mną pakt. Jestem Aventhr.
                 W tym momencie jej oczy zrobiły się większe. Cofnęła się krok do tyłu. Przez to, że moje zmysły są wyostrzone, mogłem usłyszeć, jak jej serce zaczęło mocniej bić.  
- Dlaczego? - W tym momencie zaczęła drżeć. - Całe swoje życie poświęcił tobie. Okaleczał się dla ciebie. Bał się kogokolwiek pokochać, a na końcu tak po prostu odebrałeś mu życie i zabrałeś jego ciało!
                Jej ból sprawiał mi przykrość. Nie rozumiałem dlaczego. Pierwszy raz coś takiego czułem. Może dlatego, że przejąłem Xaniela ciało. W tym momencie chciałem ją tylko przytulić i w jakiś sposób uspokoić.
- Co mam zrobić, żeby cię uszczęśliwić?
- Domyślam się, że nie możesz zwrócić mu życia. - W tym momencie skinąłem głową. Nic nie było w stanie cofnąć tego procesu, choćbym nie wiem, jak chciał to zrobić.
- Możesz chociaż zostawić jego ciało?
- Jeżeli to zrobię, to i ja umrę. - Przyznałem. Tym razem nie stałbym się na nowo bytem duchowym. Całkowicie zostałbym unicestwiony. Kiedyś byłem bogiem, który kroczył wśród ludzi i elfów. Niestety zostałem przez tych pierwszych zapieczętowany. Moje ciało przestało być nieśmiertelne i z czasem rozłożyło się.
- Jesteś zwykłym egoistą. - Jej zielone oczy zaszkliły się od łez.
- Dobrze, zwrócę ci ciało brata, ale dopiero po, tym jak wypełnię moją część umowy.
- Co chcesz zrobić?
- Zabić Kaesira.

TERENY POZA STOLICĄ, ROK 246, JESIEŃ
Punkt widzenia Kaesira:

                Nie dawno dowiedziałem się, że zaszła pomyłka. Rion okaleczył nie tego elfa, co trzeba. Co gorsza, to był mój przyjaciel! To wszystko była moja wina. Musiałem coś z tym zrobić. Musiałem uciszyć swoje sumienie. Wiedziałem, jaka kara czeka mnie, gdy tam wrócę. Zostanę spalony na stosie. Poza tym nie miałem już nawet po co żyć, bo MÓJ RION się żeni.

                Już na pograniczu Rain Forest stał komitet powitalny, który oczywiście zatrzymał mnie. Chwilę później okazało się, że czekał tu również na mnie Xaniel. W tamtym momencie wiedziałem, co mnie czeka i byłem na to gotowy. 

niedziela, 24 lipca 2016

Zakazany dotyk - Tajemnicza postać

Po tym, gdy Talon zamieszkał u Satoru na miesiąc, miałem wiele czasu na przemyślenia. Od tego momentu zacząłem więcej wychodzić na spacery. Tak też zrobiłem i tym razem. Przechadzałem się między uliczkami bez konkretnego celu, byleby iść. Po drodze mijałem podobne do siebie budynki. Były to głównie kamieniczki. Jednak od tych kilku lat przestałem do nich przywiązywać uwagę. Znałem to miejsce na pamięć.
W pewnym momencie zamarłem, gdyż usłyszałem dobrze mi znany głos. Z początku nie zrozumiałem, co konkretnie do mnie mówi. Byłem pewien, że nie żyje. W końcu zabójcy, go uśmiercili. To nie możliwe. Dziewięć lat go nie widziałem. Dopiero teraz miałby się pojawić? Spojrzałem przed siebie i ujrzałem osobę, która miała kaptur na głowie, przez co nie mogłem dokładniej się przyjrzeć. Podszedłem kilka kroków bliżej.
- Coś się stało? - Powtórzył pytanie. Następnie roześmiał się niczym szaleniec, po czym zdjął kaptur i przechylił głowę. Jego długie czarne włosy były zaplecione w warkocz. Na początku nie powiązałem tego z jego „nowym stanowiskiem”.
- Dlaczego? - Wpatrywałem się w niego jak w obrazek. W tym momencie wiedziałem, że to był on. Poczułem jak moje serca zaciska się. Nie mogłem złapać oddechu. Osłupiałem na jego widok. Nie rozumiałem tego, co właśnie się dzieje. Jakim cudem.
- Dlaczego? - Powtórzył. - Nie wróciłem do Ciebie? Dlaczego nie pokazałem, że żyję? Dopiero teraz się pojawiam? Jakim cudem żyje? Tak wiele pytań. Co chcesz wiedzieć?
- Wszystko. - Próbowałem zrobić krok w jego stronę, ale nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Serce biło mi coraz mocniej.
- Od czego by tu zacząć. - Zastanowił się. - Odpowiedź na te pytania jest jedna. Sfingowałem moją śmierć. - Roześmiał się i odchylił głowę do tyłu.
- Dlaczego? - Szepnąłem.
- Miałem cię dość. Wtedy nie mogłem ci się przeciwstawić. Nie chciałem tego, co mi robiłeś.
- Mogłeś mi powiedzieć. - Stwierdziłem. - Jeżeli tego nie chciałeś. Zrozumiałbym. W końcu cię kochałem! Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić.
- Jak już wspomniałem, nie mogłem nic powiedzieć. - Zignorował mnie, po czym kontynuował swoją wypowiedź. - Straciłbym możliwość na lepsze życie. Nie wiadomo czy nie chciałbyś mnie zabić. Szczególnie gdy byłeś pijany. - Podszedł do mnie. - Zwłaszcza wtedy tego nie chciałem. Byłeś brutalny. Czasami nawet stawiałem opór.- Dotknął mojego policzka. - Wtedy zostałem przez ciebie pobity, a ty mi pierdolisz o miłości?!
- Katsuo. Nie miałem o tym pojęcia. - Spojrzałem mu w oczy. - Chciałbym to naprawić, bo czasu nie da się cofnąć. Wynagrodzić ci wszystko. Tym bardziej że nadal coś do ciebie czuję. Proszę, daj mi szansę.
- Żałosne. - Westchnął. - Co ty możesz mi dać? - Roześmiał się. - Wkrótce będę posiadał najwyższe stanowisko na tym świecie. Już teraz jestem wyżej niż ty. - Spojrzał na mnie. - Mam nadzieję, że źle go nie traktujesz?
- Kogo?
- Talona, twojego nowego partnera. Wziąłeś go na moje zastępstwo. Mam racje? W końcu jest moim młodszym bratem. Wkrótce zostanę władcą. Jestem jedynym potomkiem obecnego. Wtedy dopilnuje, żeby wasz związek partnerski się skończył.- Uśmiechnął się lekko.
Po rozmowie z nim poczułem się jeszcze gorzej. On ma racje. Talona wziąłem na jego zastępstwo. Dobrze, że go tu teraz nie ma. Nie mógłbym mu spojrzeć w oczy. Jednego jestem pewien, już nigdy go nie dotknę. Teraz mam jeszcze większe wyrzuty sumienia. Dodatkowo uświadomiłem sobie, że nadal kocham Katsuo. Jednak co ja teraz czuję do Talona? Lubię go. Dodatkowo bardzo mnie pociąga. Chyba już nic poza tym. Ostatecznie stwierdziłem, że nie będę go okłamywać. Kiedy wróci, to mu wszystko powiem. Całą prawdę. Teraz muszę jeszcze poczekać około 2 tygodnie na niego.

***

Trochę przesadziłem. Miałem do niego żal o to, jak mnie traktował. Jednakże były też te dobre chwile. Przypomniałem sobie, jak to było, zanim Kazuo zaczął pić nałogowo alkohol. Był delikatny w tych sprawach. Wtedy nie miałem nic przeciwko temu, żebym to z nim robił. Najgorsze w tym wszystkim było, że pomimo tego, co wtedy się wydarzyło, wciąż go kochałem. Postanowiłem z nim porozmawiać ponownie. Przy okazji wpadłem na pomysł, co mogę zrobić, żeby pomóc bratu. Wiedziałem, gdzie Kazuo mieszka. Jego miejsce zamieszkania nie zmieniło się od tych dziesięciu lat. Nie przypuszczałem, że zacznę tęsknić za tym miejscem. Na nowo powróciły wspomnienia. Kazuo zdołał zarobić na to mieszkanie, za nim skończyłem naukę, bo razem wykonywaliśmy zlecenia. W ten właśnie sposób staliśmy się znaną parą skrytobójców. Razem rośliśmy w siłę. Swego czasu zostaliśmy uznani za najlepszych. Wszystko zaczęło się psuć, gdy Kazuo zaczął nadużywać alkoholu. Jednak więcej pił po mojej sfingowanej śmierci. Po tym nie przestawałem mieć na niego oko. Przystopował z nałogiem, dopiero gdy dowiedział się, że mam młodszego brata, który trenuje się na skrytobójcę. Teraz również pije, ale nie w tak dużych ilościach i nie tak często.
Gdy dotarłem do swojego dawnego domu. Zapukałem do drzwi. W tym momencie serce waliło mi coraz szybciej.
- Co tu robisz? - Zapytał Kazuo. Widać, że był bardzo zaskoczony.
- Chciałem tylko porozmawiać. Mogę wejść?
- Tak. Wejdź. Napijesz się czegoś? – Zapytał mnie, przy czym zaczął mnie bacznie obserwować.
- Możesz mi podać zimne piwo z lodówki. Tak będzie się łatwiej gadać.
- Zmieniłeś się. Jesteś jeszcze przystojniejszy. Nawet włosy ci urosły.
- Na cześć Cyryla wszyscy władcy muszą mieć długie włosy. - Chwyciłem swoje kruczoczarne włosy, które były teraz związane w ciasny warkocz. - Jest Talon w domu?
- Nie ma go. Jest u Satoru. - Spojrzał na mnie. - Mam coraz większe wyrzuty sumienia. Zapewne będę mieć jeszcze większe.
- Wydaje mi się, że po naszej nowej rozmowie mogą być nieco mniejsze.
- Ja też napije się piwa. To będzie chyba ciężka rozmowa.
- Do łatwych należeć nie będzie. - Przyznałem.
- Wybacz, że zmieniam temat, ale skoro jesteś potomkiem naszego władcy, to wiesz jak on się teraz czuję. Ja naprawdę go lubię i nie chcę, aby jeszcze odszedł w zaświaty.
- Mam dla ciebie niezbyt miłe wieści. Jego stan pogarsza się coraz bardziej. Nasi lekarze dają mu miesiąc życia. Zapewne zastanawiasz się, jak się dowiedziałem o naszym pokrewieństwie. Chwilę potem jak odszedłem od ciebie, mój ojciec postanowił mnie odszukać. Dowiedział się, że dziecko, które urodziła jego ukochana, żyje. Po tylu latach wmawiano mu, że umarłem. Jednak prawda wyszła na jaw. Pokrewieństwo łatwo się udowodniło. Dobrze, że mamy w naszych czasach testy na ojcostwo. W ten sposób zyskałem ojca.
- Cieszę się, że ci się teraz powodzi. - Napił się swojego piwa, po czym usiadł na kanapie w salonie, a ja zająłem wolne miejsce obok niego.
- Mam prośbę. Proszę, nie rób krzywdy mojemu bratu.
- Nie mam zamiaru. - Po chwili zastanowienia dodał. - Teraz rozumiem, dlaczego się pojawiłeś. Powiedz mi tylko czy zawsze mnie nienawidziłeś, czy może... - Przełknął ślinę. - kiedykolwiek kochałeś mnie?
- Nawet teraz cię kocham, ale nie możemy angażować się uczuciowo. Niedługo obejmę władzę. Muszę wyrzec się miłości. Tak jak zrobił to mój ojciec.
- Dlaczego władca nie może kochać? Podobno może wszystko.
- Tego jednego nie może. - Napiłem się piwa. - Nie pamiętasz, co się stało z Cyrylem i Nel?
- Oczywiście, że pamiętam. W końcu to jest podstawa naszej religii. Cyryl, gdy został pierwszym władcą tego świata, stając się mrocznym księciem, umarł, aby móc zapanować nad wszystkim mrocznymi wojownikami. Inaczej wszyscy wtedy zginęliby. Niestety w ten sposób porzucił ukochaną żonę. Dlatego właśnie nie mogli być razem.
- Będę musiał to przeanalizować. Jednak jest to część naszej tradycji. Wracając do tematu. Jest jeszcze inna kwestia. – W tym momencie mocniej przycisnąłem puszkę od piwa, przez co się trochę wgięła. - Nie mogę być z tobą, bo zapewne Talon zaangażował się uczuciowo. Tym bardziej że podejrzewam, iż doszło między wami do czegoś więcej. Obiecałeś, że go nie skrzywdzisz, więc musisz dotrzymać słowa mnie i zarazem twojemu przyszłemu władcy.
- Życie jest nie sprawiedliwe. Dlaczego nie mogę być z ukochaną osobą?
- Życie jest brutalne i czasami trzeba się poświęcić. - Zamilkłem na moment. Po chwili wahania powiedziałem mu. - Mam jednak dwa rozwiązania. - Dopiłem swoje piwo.
- Jakie dwa rozwiązania?
- Talon musi zakochać się w kimś innym. Spróbuj do tego doprowadzić. Daj mu wolną rękę.
- Stwierdziłem, że powiem mu prawdę, nie chcę go oszukiwać. Jest niesamowitą osobą i nie zasługuje na coś takiego.
- Rozumiem. Tylko wiesz, że może na to zareagować w nieokreślony sposób.
- Liczę się z tym. - Przyznał Kazuo.
- Jeżeli to nie wypali, to będziemy mogli zastosować drugie rozwiązanie. Powiem ci dopiero o nim, gdyby z tym nie wyszło. Mam nadzieję, że zgodzisz się na to. Jest jeszcze jedna kwestia. Natury nie oszukasz. W końcu ci się za chcę. Jeżeli będziesz miał taką potrzebę, wiesz, gdzie się udać, ale pamiętaj, bez angażowania się w uczucia.
- Wiesz, że długo tak nie będę w stanie. Katsuo nie oszukujmy się. Czujemy do siebie to samo. Ostatecznie będziemy razem i to nie jest od nas zależne. Nawet gdyby miała być to zakazana miłość.
- Tego się właśnie boję. - Spojrzałem mu w oczy. - Wybacz, ale muszę już wyjść.

- Teraz nie wyjdziesz. - Przyciągnął mnie do siebie. - Naprawdę mi ciebie brakowało. - Przytulił się do mnie. Odruchowo oparłem głowę na jego ramieniu i zamknąłem na moment oczy. Następnie Kazuo delikatnie ujął mnie za podbródek i zakosztował moich warg. Miałem wrażenie, że chwila ta przedłużała się w nieskończoność. Pocałunki stawały się coraz namiętniejsze. W końcu podniósł mnie do góry. Odruchowo objąłem go nogami. Wtedy jeszcze próbowałem z tym walczyć, ale pożądanie i uczucia zwyciężyły.

środa, 20 lipca 2016

Ryuu - Ludzkie życie boga śmierci

                Jako dzieciak wcale nie miałem łatwo w życiu. Od samych narodzin byłem nienawidzony przez ojca. Uważał, że to przeze mnie matka nie żyje. Wielu osób mówiło mu, że zdarzają się takie przypadki. Co tu dużo mówić. Medycyna nie była aż tak bardzo rozwinięta, a przez to kobiety umierały przy porodzie.  Pomimo tego trzymał się uparcie swojego zdania, sądząc, że było zupełnie inaczej.
                Miałem jeszcze białe włosy, przez co wydawałem się jeszcze większym dziwadłem. Po matce odziedziczyłem kształt i kolor oczu, co bardzo mojego ojca dołowało. Po jej śmierci moim wychowaniem zajęła się jej rodzicielka, czyli moja babka. Ona i mój ojciec nie zgadzali się ze sobą w wielu kwestiach. W szczególności tych związanych ze mną. Babka po śmierci swojej ukochanej córki przelała swoją miłość na mnie. Ojciec zajął się karierą w wojsku. Przez lata starałem się, aby mnie zaakceptował. Za każdym razem skutecznie mnie odtrącał. Jednak moje dzieciństwo nie było całkowicie złe. Miałem przyjaciela, któremu mogłem wszystkie troski powierzyć. Zawsze pomagał mi w razie potrzeby. Dzięki niemu zacząłem siebie rozumieć i akceptować. Choć zajęło mi to naprawdę dużo czasu. Wszystko zaczęło się od tego, że… zginął ptak.  
Po tym, gdy z przerażeniem patrzyłem się na martwe zwierzę, stanął obok i wpatrywał się we mnie z ciekawością. Trząsłem się. Nie wiedziałem co robić. W tym momencie wiedziałem, że moje życie się zmieni. Wszyscy ludzie będą mnie nienawidzić. Nie tylko ojciec. Widziałem to już oczami wyobraźni. Jednak stało się zupełnie inaczej. Chłopak ukucnął tuż przy martwym zwierzaku i wziął małe, nieruchome ciałko do rąk, uważnie się mu przyglądając.
- Jemu już nie pomożesz.- Ocenił, po czym odwrócił się do mnie plecami i zaczął robić dziurę w ziemi, aby zakopać go.
                Jak się potem okazało, ów chłopak miał na imię Marcel. Długo nie trwało, jak zyskałem w nim najlepszego przyjaciela. Zwierzyłem mu się ze wszystkiego, a w końcu powiedział mi jak kontrolować swoje moce.
- Musisz trzymać swoje emocje na wodzy. Nie wolno ci się wściec, wtedy ktoś zginie. - Ostrzegł mnie. Nie spodziewałem się, że będę miał okazję tak szybko to sprawdzić.
                W wieku czternastu lat umarła moja ukochana babcia. Od tego momentu musiałem sam sobie radzić w domu. W tamtym okresie czekało mnie jeszcze jedno trudne zadanie. Tak jak Marcel mi powiedział, musiałem trzymać emocje na wodzy. Długo się pilnowałem, ale jednego dnia wydarzyło się coś, co doprowadziło mnie do furii. Ktoś próbował zabić mojego ojca. Zanim tego dokonał, ja pozbawiłem życia jego. Potem uciekłem, widząc przerażenie w oczach ojca. Oczywiście udałem się do Marcela. Opowiedziałem mu o wszystkim, a ten powiedział mi pewien sekret.
- Dlaczego ja mam właśnie takie problemy? Dlaczego urodziłem się właśnie taki? - Pytałem go. W tym momencie byłem cały roztrzęsiony. Marcel podszedł i ukucnął przede mną.
- Powiem ci pewien sekret, ale nie w tym domu. - Rozejrzał się po swoim małym pokoju. - Nikt poza nami nie może się o tym dowiedzieć. - Westchnął i ruszył w stronę drzwi. W tym momencie poszedłem za nim. W tym momencie zastanawiałem się, jaki może być sekret i skąd właśnie Marcel może znać prawdę.
                Gdy znaleźliśmy się na naszej polance, gdzie często spotykałem się z Marcelem, aby się z nim bawić i o której nikt nie miał zielonego pojęcia, usiadłem, wyczekując na to, co ma mi do powiedzenia.
- Ja, ty, mój brat bliźniak i Sandro jesteśmy starożytnymi bogami. Niegdyś byłem odpowiedzialny za wojny. Cyryl zaś sprawował władzę nad nami. Sandro niósł pomoc każdym istnieniom. Był jeszcze Orochi, który przynosił cierpienie, a ty niosłeś śmierć. Dlatego masz takie, a nie inne umiejętności. Jednak przez to, że zaniedbywaliśmy swoje obowiązki, zostaliśmy ukarani. Teraz musimy nauczyć się żyć jako ludzie.
                Potem wróciłem do domu i coś się zmieniło. Mój ojciec po raz pierwszy w moim życiu przytulił mnie i powiedział: „przepraszam”. Od tego momentu bardzo się do siebie zbliżyliśmy.

                Marcel wtedy jeszcze nie powiedział mi całej prawdy. Miałem okazję poznać ją kilka lat później. W międzyczasie razem z nim poszedłem do armii na służbę. Bawiliśmy się w wojnę, jak nazwał to mój przyjaciel. Czas mijał, a ja nie spodziewałem się, że w pewnym momencie zacznę żywić uczucie do jednej osoby. Na imię mu było Sandro. Oczywiście on o tym nie wiedział. Bez wzajemności zakochany w Cyrylu, bez przerwy za nim latał. Próbowałem zwalczyć to uczucie, jakie do niego żywiłem.  Do tego stopnia, że wyglądało, to tak jakbym go nienawidził. Ostatecznie niedługo po śmierci Cyryla go zabiłem, a potem samego siebie. Jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się od Marcela, kto pozbawił nas boskości i kim on jest dla niego. Nie miałem pojęcia, że gdy się zabije, obudzę się znowu już jako starożytny bóg niosący śmierć, Ryuu. 

niedziela, 3 lipca 2016

Historia pewnego elfa - Rozdział VIII

KARCZMA „POD ZARŻNIĘTYM BARANEM”, ROK 246, LATO
Punkt widzenia Virilla:

                Patrzyłem się na niego osłupiałym wzrokiem. Miałem nadzieję, że zaakceptuje to, kim jestem. Po chwili zobaczyłem, jak zaczyna się krztusić.
- Jak mogłem się nie domyślić. Należysz do tych śmieci. Brzydzę się teraz samym sobą. Jak mogłem nie zauważyć, że jesteś elfem…
- Mam na imię Virill. - Przerwałem jego monolog.
- Virill. - Wytrzeszczył oczy. - Ty…  - Wskazał na mnie ręką. - zabiłeś mojego brata! - Zamknął mocno powieki, po czym zaczął nimi szybko mrugać, aby żadna łza nie wyleciała z jego oczu. - Odejdź, bo cię zabiję. - W tym momencie jego głos zaczął się łamać.
- Jeżeli chcesz, możesz mnie zabić. Nie będę się opierać. - Po tym, gdy to powiedziałem, czekałem już tylko na jego reakcję. Ingharn bez słowa odwrócił się do mnie plecami i wyszedł z karczmy. Postanowiłem go śledzić, bo miałem jakieś złe przeczucia. Jak się później okazało, były słuszne. Spadł z konia w przepaść. Musiałem zejść do niego na dół i wyciągnąć go stamtąd.  Przeniosłem go do starej, opuszczonej chatki, która znajdowała się niedaleko tego miejsca. Ingharn obudził się dopiero wieczorem. Akurat w tym momencie, gdy zmieniałem mu okład na głowie. Przez moment nic nie mówił, ale jak na taką gadułę przystało, nie wytrzymał długo.
- Dlaczego mnie uratowałeś?
- Bo cię kocham. - Odpowiedziałem bez zastanowienia. Taka była prawda. Zakochałem się w człowieku. W końcu zdałem sobie z tego sprawę.
- Kochasz mnie? - Roześmiał się. - Ludzie i elfy nie są w stanie siebie pokochać. Taka jest nasza natura. Niezmienna od pokoleń. Jedynie nienawiść możemy do siebie żywić.
- Bądź pierwszym i to zmień. Co to za problem? W końcu mnie kochasz. Chyba że zacząłeś żywić do mnie nienawiść po tym, jak poznałeś moje imię.
- Uratowałeś mnie, więc jesteśmy kwita. - Spojrzał gdzieś w przestrzeń. - Tak naprawdę to była wina mojego brata. W końcu napadł na twoje królestwo.
- Nie należę do tych elfów, co lubią zabijać bez powodu. - Wzruszyłem ramionami i zacząłem przyglądać się jego ranom. Nie wyglądały za ciekawie.  - Robię to tylko w razie konieczności. W końcu odpowiedzialny jestem za obronę królestwa. - Zacząłem zmieniać opatrunki, które wcześniej mu zrobiłem.
- Masz piękne, długie włosy. Pasuje ci biały kolor. Dlaczego je ukrywasz?
- Taka już tradycja w mojej rodzinie. - Uśmiechnąłem się do niego. Pokazujemy je publicznie dopiero wtedy, gdy wybierzemy diligere.
- Co to oznacza?
- Ukochaną osobę. 
- Nie ma mowy! Ja i ty to niemożliwe.
- Dlaczego?
- Między elfem a człowiekiem nie może być nic innego oprócz nienawiści. Dlatego zakryj głowę.
- Podjąłem już decyzję. Nawet jeżeli całkowicie mnie porzucisz, pozostanę ci wierny aż do mojej śmierci.
- Nawet jeżeli bym się zgodził, to i tak żyłbym krócej od ciebie. To nie ma sensu. Zapomnij.
- Ile masz teraz lat?
- Dwadzieścia cztery.
- Jestem starszy tylko o pięć lat. - Stwierdziłem.
- A co?
- Nic. Chciałem tylko wiedzieć, ile masz lat. W każdym razie jutro zabiorę cię do twojego miasta, aby zajęli się tobą twoi pobratymcy.
- Nie możesz tam ze mną jechać. Oskarżą mnie o zdradę, a ciebie zabiją.
- Dla mnie najważniejsze jest twoje dobro.
- Może na razie zatrzymajmy się tutaj. Do czasu, aż nie będę mógł wrócić tam o własnych siłach.
                Wkrótce Ingharn wyzdrowiał. Jednakże nie chciał wracać.
- Virill jesteś wspaniałą osobą. Szkoda, że nie należysz do mojej rasy. - Posmutniał. - Wszystko byłoby łatwiejsze.
- Jeżeli tak uważasz.
- Próbuję wyjść jakoś z tej sytuacji.
- Według mnie szukasz dziury w całym. Gdybanie, że gdybym był człowiekiem, nic nie zmieni. Urodziłem się elfem i taki już zostanę do końca mojego życia.
- Może przytniemy ci uszy. Wtedy nikt by nie rozpoznał, że jesteś elfem.
- Większych idiotyzmów nie słyszałem. - Westchnąłem. - Jeżeli nie możesz zaakceptować tego, że jestem elfem, wróć do swoich. Po co tu przebywasz ze mną. Mnie to nie robi różnicy, że jesteś człowiekiem. Kocham cię takiego, jakim jesteś. Dojrzała miłość polega na akceptacji drugiej osoby. - Wzruszyłem ramionami.
                Jakiś czas później wrócił do naszej rozmowy.
- Zastanawiałem się nad tym, co mi powiedziałeś. - W tym momencie spojrzałem na niego, nie kryjąc przy tym ciekawości. - Tu nie chodzi o to, że cię nie akceptuję. Po prostu boję się o ciebie.
                Z czasem oboje musieliśmy się rozstać na jakiś czas. On miał obowiązki wobec swoich pobratymców, a ja wobec swoich. Zbliżała się jesień a wraz z nią koronacja nowego władcy. Następcą miał zostać Xaniel.